Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stephen King. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 sierpnia 2016

"Joyland" Stephen King


"Joyland" to moje kolejne spotkanie z twórczością Stephena Kinga. Muszę przyznać, że nieco sceptycznie podchodzę do książek tego autora. Jest to czwarta pozycja, którą przeczytałam. Jeżeli chodzi o poprzednie trzy, najbardziej podobała mi się "Carrie". Teraz przyszedł czas na "Joyland", który od dawna stoi na mojej półce.

Devin Jones to dwudziestojednoletni chłopak, który właśnie przeżywa miłosny zawód. W czasie wakacji zatrudnia się w lunaparku "Joyland". Z czasem zaczyna interesować się tajemniczym morderstwem sprzed lat, do którego doszło w tym miejscu, a które nie do końca zostało wyjaśnione. Zagadka nie daje mu spokoju. Tym bardziej, że krąży legenda o duchu zabitej dziewczyny, który pojawia się w Strasznym Dworze...

Kiedy zaczynałam przygodę z "Joylandem" czułam się tą lekturą bardzo przygnębiona. Było mi żal głównego bohatera. Świadomość tracenia miłości, złamane serce, tęsknota za drugą osobą, są przykrymi doświadczeniami, których nikt nie chciałby przeżywać. Naprawdę czułam się zdołowana i po około stu stronach musiałam zrobić sobie przerwę. Na szczęście powróciłam do czytania i bardzo się wciągnęłam w fabułę. Najbardziej podobał mi się ten dreszczyk emocji i napięcie, które zaczęło mi towarzyszyć od tej pory. Przez cały czas dało się wyczuć nutę mrocznej tajemnicy, która wciąż wisiała w powietrzu. Myślę, że właśnie to najbardziej przekonało mnie do tej powieści.

"Joyland" to nie tylko thriller. To także historia o dojrzewaniu, o życiowych problemach, o przemijaniu. Zawiedziona miłość to jedno z najsmutniejszych uczuć, jakie może spotkać młodego człowieka na jego drodze. Zresztą, nie tylko młodego. Jednak jest to czas, w którym zaczyna się zastanawiać nad swoim życiem, analizuje pewne sytuacje, wydarzenia i z pewnością wpływa to na jego decyzje w przyszłości, na dojrzewanie. Często też choroba, która spada na bliskich jak grom z jasnego nieba powoduje, że inaczej zaczynamy patrzeć na świat. To samo dotyczy osoby dotkniętej tym nieszczęściem bezpośrednio. Ona również spogląda na wiele spraw pod innym kątem. Mając świadomość przemijania, czasami nawet w bardzo młodym wieku, chcemy wziąć z życia jak najwięcej. Cieszyć się nim każdego dnia, bo nigdy nie wiadomo, czy ten dzień nie jest naszym ostatnim...

Co do samej książki chyba jednak wolę horrory w stylu "Carrie". Chociaż "Joyland" spodobał mi się, znowu czuję, że czegoś mi tutaj zabrakło i nie umiem dokładnie określić, czego. Być może spodziewałam się, mimo wszystko, bardziej przerażającej lektury i stąd to uczucie. Owszem, daje o sobie znać ta nuta grozy, ale to nie do końca to. Niemniej jednak to książka warta uwagi.

"Joyland" Stephena Kinga jest zatem nie tylko dobrym thrillerem, w którym daje się wyczuć mroczny i tajemniczy klimat, chociaż rzecz dzieje się w wesołym miasteczku. To, jak już wspomniałam, historia niosąca ze sobą wiele ważnych życiowych elementów, nad którymi warto zastanowić się przez chwilę. Polecam ją, oczywiście, fanom twórczości autora, jak również innym, którzy poszukują ciekawej lektury z lekkim dreszczem emocji, ale niekoniecznie czystego horroru.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

tytuł: "Joyland"
autor: Stephen King
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2013
liczba stron: 336
oprawa: Miękka
cena okładkowa: 35,90 zł 

środa, 22 lipca 2015

"Uciekinier" Stephen King

autor: Stephen King
wydawnictwo: Albatros
liczba stron: 336
moja ocena: 7/10

Może to i dziwne, ale nie mam jakiegoś specjalnego parcia na książki Stephena Kinga. Owszem, jest kilka tytułów, z którymi chciałabym się zapoznać, ale nie nazwałabym się fanką tego autora.
Dzisiaj przyszedł czas na "Uciekiniera". Książkę, którą poleciła mi koleżanka.

Jest rok 2025. Największą atrakcją ludzkości są gry, w których zdrowie lub życie tracą osoby, pragnące za wszelką cenę zdobyć pieniądze. Najbardziej emocjonującą grą jest "Uciekinier". Polega ona na jak najdłuższym pozostaniu przy życiu, gdy każdy człowiek donosi na uczestnika i wyjawia jego obecne położenie. Jeżeli zawodnik ujdzie z życiem po trzydziestu dniach, wygrywa miliard dolarów. Właśnie w tej "zabawie" chce wziąć udział Ben Richards- główny bohater.

Wizja takiego świata za raptem dziesięć lat mnie przeraża... Ludzie już teraz są zdolni do popełniania okropnych zbrodni dla pieniędzy lub innych własnych korzyści. W tej książce najbardziej zbulwersowało mnie to, że człowiek jest do tego stopnia zdemoralizowany, że robi sobie świetne show, w którym pozbawia życia drugiej osoby. Nikogo nie dziwi to, że jedna osoba ucieka przed innymi, bo każdy może być przyczyną jej śmierci. Mało tego, ludzie zgłaszają się jako uczestnicy dobrowolnie. Chociaż z drugiej strony ta dobrowolność nie jest stuprocentowa. W końcu bogaci ludzie, których stać na leczenie, wyżywienie czy też mieszkanie, są jedynie widzami tej nieludzkiej produkcji.

Ponadto wszechobecna jest propaganda. Ludziom pokazuje się w odbiornikach mordercze gry, ale nikt nie wspomina o tym, że zanieczyszczenie powietrza jest tak wysokie, że większość zgonów jest spowodowana chorobami płuc. Takie skażenie jest niebezpieczne zwłaszcza dla biedniejszych, ponieważ bogaci ludzie są w stanie zapewnić sobie specjalne filtry powietrza. Idealnie sprawdza się tutaj powiedzenie: "biednemu zawsze wiatr w oczy". Problem, jaki jest poruszany w tej powieści, powinien być ostrzeżeniem dla każdego.

Pisząc o książce, jako książce muszę przyznać, że nadal nie jestem wielką fanką Stephena Kinga. Póki co najbardziej podobała mi się "Carrie". "Uciekinier" jest bardzo dobrą powieścią. Chociaż czyta się ją dobrze i bardzo szybko, nie wiem, co mi tak do końca w niej nie pasuje. Ostatnie fragmenty pod koniec były dla mnie prawie nie do zniesienia. Kto czytał, ten wie, o których mowa. Dla mnie coś okropnego. Zdecydowanie dla osób o silnych nerwach i...mocnych żołądkach...

Niemniej jednak polecam fanom Stephena Kinga, a także czytelnikom, którzy cenią w książkach szybką akcję i zaskakujące zakończenie.

Wydawnictwo Albatros

środa, 11 grudnia 2013

"Wielki Marsz" Stephen King

autor: Stephen King
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
liczba stron: 341
moja ocena: 6/10



„Wielki Marsz” to moje drugie spotkanie ze Stephenem Kingiem. Wcześniej miałam okazję przeczytać słynną „Carrie”. Muszę przyznać, że są to dwie zupełnie różniące się od siebie książki.

Stany Zjednoczone. Przyszłość. Doroczny Wielki Marsz. Stu wybranych chłopców staje na linii startowej. Rozpoczyna się konkurencja, której stawką jest… życie. Bezlitosna, mordercza zabawa…

Głównym bohaterem jest Ray Garraty. Wraz z pozostałymi 99 wybranymi, wyrusza w najdłuższy marsz swojego życia. Z początku nikt nie spodziewa się, jakie konsekwencje niesie za sobą udział w tej „sportowej rywalizacji”. Idą, idą, idą. Mogą wykorzystać trzy upomnienia. Kiedy pierwszy z nich je traci i dostaje czerwoną kartkę, rozpoczyna się piekło. Żołnierze bez emocji pozbawiają go życia poprzez rozstrzelanie. Im większy dystans pokonują, tym gorszy przeżywają koszmar. Patrzą na potworną śmierć swoich towarzyszy. Czy jakakolwiek nagroda (oprócz życia) jest warta takiego poświęcenia?

„Wielki Marsz” to nietypowa powieść. To nie tylko opis pokonywanych przez bohaterów kilometrów. To historia o walce człowieka z przeciwnościami losu. Historia, która udowadnia, ile człowiek jest w stanie znieść, aby przetrwać. Wola życia jest silniejsza od wszystkiego… Potrafi wszystko przetrzymać. Bohaterowie przeżyli istne piekło na ziemi. Niezależnie od tego, czy przeszli sto kilometrów, czy dobrnęli prawie do mety, która kończyła się na przeszło 300km (tak, taki dystans dali radę przejść bez przerwy. Szok?), bili się z własnymi emocjami, zdawali się inaczej patrzeć na otaczający świat. Jestem pełna podziwu dla tego, że człowiek jest w stanie przeżyć taką mordęgę. Nadal jestem zdumiona dystansem, jaki przebyli bohaterowie. Nie jestem w stanie pojąć, jak udało im się to osiągnąć. 

W chwili obecnej nie czuję się jeszcze fanką Stephena Kinga. Owszem, „Carrie” oraz „Wielki Marsz” zrobiły na mnie ogromne wrażenie, jednakże zdecydowanie wolę książki, przy których mogę odpocząć. Dość ciężko było mi przebrnąć przez „Wielki Marsz”. Od pierwszej do ostatniej strony czułam się przygnębiona losem bohaterów. Ani razu nie odczułam jakiegoś pozytywnego wydźwięku. Bardzo lubię książki, które kończą się wesoło, radośnie. Które napełniają optymizmem. Tutaj niestety tego nie znajdziemy.

Mimo to, polecam, ponieważ jest warta przeczytania. Może nie jest to najlepsza propozycja na odstresowanie, ale treść jest bardzo głęboka i niesie przesłanie, jak wiele jest człowiek w stanie znieść, aby osiągnąć cel i że ciało jest o wiele słabsze niż duch.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...